Oczywiście nie ma co dyskutować o cenie z pojedynczymi szczęśliwcami, którzy złapali bilet lotniczy na wyprzedaży za 19 zł, założyli na siebie trzy kurtki i dwie pary spodni, żeby nie płacić za bagaż, a w miejscu, do którego pojechali, żywili się zupkami z proszku. Oni za wyjazd zapłacili niewiele. Nie ma też potrzeby przegadywać się z turystami, którym trafiła się świetna promocja na całkiem niezły hotel z przyzwoitym jedzeniem – takie okazje się zdarzają, ale należy je raczej zapisać po stronie wyjątku a nie reguły. Jeśli spojrzeć na ceny przelotów, zakwaterowania, transferu, wyżywienia i ubezpieczenia i zestawić je z gotowymi pakietami od profesjonalnych organizatorów, w znakomitej większości przypadków okaże się, że u tych ostatnich jest taniej. A do tego bezpieczniej. Czemu? Bo profesjonalne biuro posiada zabezpieczenia finansowe wymagane przepisami prawa (zazwyczaj jest to gwarancja ubezpieczeniowa), dodatkowo od każdego klienta odprowadza składkę na Turystyczny Fundusz Gwarancyjny. Mówiąc wprost, pieniądze klienta są ubezpieczone na dwa sposoby, jeśli organizatorowi powinie się noga, podróżny na tym finansowo nie straci. Jeśli będzie wszystko rezerwował sam, nikt mu takiego bezpieczeństwa nie zagwarantuje. I nie sprawdza się tu argument, że można przecież korzystać ze znanych i sprawdzonych linii lotniczych czy hoteli. Tylko w zeszłym roku upadło trzech dużych przewoźników – brytyjski Monarch, niemiecki Air Berlin i austriacki Niki.
No dobrze, wróćmy do tezy z początku tekstu, że biura podróży dokładają do wakacji turystom. Jej autorem jest Krzysztof Piątek, prezes Polskiego Związku Organizatorów Turystyki i przez ponad 20 lat prezes Neckermann Podróże (obecnie na emeryturze). Jego zdaniem bieżących, zatrważająco niskich cen na wyjazdy w pierwszych trzech tygodniach czerwca, nie można inaczej nazwać niż sponsorowaniem wyjazdów klientom. Coś musi w tym być, bo chyba nikt nie wątpi, że na wycieczce do Bułgarii, która trwa tydzień, a za którą płaci się plus/minus 500 zł, ktokolwiek zarabia.
